I tu powoli dochodzimy do sedna sprawy. Są ludzie, dla których nieodzownym elementem bycia metalem (ku*wa, nie lubię tego określenia, wolę metalowiec jeśli już) jest odpowiedni ubiór. Glany, odzież koloru czarno-czarnego, przeliczne koszulki kapel oraz inne akcesoria. Jakby nie patrzeć jest to najprostszy sposób manifestacji tego, że ktoś lubi taką, a nie inną muzykę. Zdarza się też czasem, że to wszystko jest głównie na pokaz, ale mniejsza o to.
Ja też nosiłem glany (i zastanawiam się czy nie kupić nowych, ale już takich krótkich), miałem kostkę etc., ale dla mnie nie to było najważniejsze. Szybko zresztą wyrosłem z wyglądania jak tr00 metaluch, bo było to dla mnie ograniczające. Najważniejsza zawsze była w tym wszystkim muzyka. I dlatego preferuję określenie fan metalu, a nie metal/metalowiec.
Poza tym przez większość trve blaszaków (taką ksywkę miał mój znajomy, niegdyś długowłosy buntownik, dziś szanowany muzyk bluesowy) uznany zostałbym za heretyka, bo nie tylko metalu słucham. Nigdy nie było tak, że słuchałem wyłącznie metalu. Owszem słuchałem i nadal słucham go duuuuużo, ale lubię też ciekawy hip-hop (nie ten z TV), rocka w wielu postaciach, jakieś bardziej elektroniczne jazdy, czasem nawet pop jak coś mi wpadnie w ucho. Jest zbyt dużo świetnej muzyki by ograniczać się do jednego (chociaż bardzo bogatego) gatunku.
I wracając jeszcze do sprawy satanizmu. Nie wiem czy jest dużo kapel ideologicznie zbieżnych z satanizmem filozoficznym, ale na pewno jest sporo zespołów, które za "obiekt westchnień" obrało sobie postać Szatana. I jeszcze inna fundamentalna kwestia. Z satanizmem często utożsamia się kapele antychrześcijańskie, a te pojęcia nie zawsze idą w parze.
Jednak jakby nie było bluźnierstwa i Szatan to nie jedyne motywy w muzyce metalowej. Mało "zwykłych śmiertelników" wie, że istnieje też przeciwwaga pod postacią kapel prochrześcijańskich, przykładowo amerykański Believer czy Creation of Death z naszego podwórka. Niestety niektóre stereotypy będą jeszcze jakiś czas pokutować.